Życie Henryka Saulowicza Altszullera

Życie Altszullera

Leonid Filkowski
Tłum. J.Boratyński    

              Altszullera poznałem  w 1955 roku. Wrócił z Gułagu rok wcześniej. Do tego czasu widywałem go z „najładniejszą dziewczyną w Baku”. Jego mądra twarz zachowała się w mojej pamięci. Poznał nas ze sobą mój kolega z wydziału, który siedział z nim w Workucie. Zaprzyjaźniliśmy się i często spotykaliśmy się do 1979 roku, dopóki nie wyjechałem z ZSRR. Z jego opowiadań i opowiadań naszych bliskich znajomych złożył się cały, barwny obraz jego biografii.
Urodził się w Baku w 1926 roku. Ojciec, dziennikarz, zachęcił go do literatury jeszcze w dzieciństwie. Henryk był członkiem kółka literackiego w Domu Pionierów. Przejawiał zainteresowanie literaturą SF i próbował pisać coś w tym gatunku. 
W 1941 roku, kiedy zaczęła się wojna, Altszuller wstąpił do Szkoły Marynarki Wojennej. Po dziewiątym semestrze tej szkoły skierowano go do Podoficerskiej Szkoły Wojsk Piechoty, ale Altszullerowi to nie odpowiadało. Spędziwszy jakiś czas w Szkole Wojsk Lotniczych przeszedł do Wojsk Ochrony Chemicznej. Zostawszy sierżantem, już po wojnie, kontynuował naukę. Ukończył jako eksternista średnią szkołę i wstąpił na zaoczny wydział Przemysłowego Instytutu Naftowego.
Według świadectwa znajomych, Altszuller nie lubił pustych, młodzieżowych wieczorynek, „zakrapianych”, z tańcami i śpiewem. Sam organizował wieczory, proponując każdemu uczestnikowi wystąpienie z jakimś referatem, z jakimś odczytem na jakiś temat. Na tych spotkaniach dochodziło do politycznych sporów i wtedy Altszuller występował z ostrą krytyką istniejącego reżimu. Wyrażał swoje myśli szczerze i odważnie. W rezultacie KGB w późniejszym okresie wykorzystało wszystkich uczestników tych spotkań jako świadków oskarżenia.
              Trójka młodych intelektualistów była jądrem tej grupy dyskusyjnej. To był Henryk Altszuller, Rafael Szapiro i trzeci, którego nazwałem „Abba”. Nie chcę po prostu mnożyć goryczy jego rodzinie z powodu tego, kim stanie się on później, na etapie śledztwa, prowadzonego przez KGB przeciwko Altszullerowi.
               Szapiro także uczył się w Przemysłowym Instytucie Naftowym i jednocześnie robił zaoczne studia prawnicze. Z Altszullerem związały go wspólne zainteresowania, zwłaszcza w dziedzinie fantastyki naukowej i wynalazczości. Razem próbowali drukować w rubryce „Okno w przyszłość” i razem zaczęli próbować sił jako wynalazcy. Do chwili aresztowania uzyskali dziesięć patentów, brali udział w różnych technicznych konkursach i otrzymywali nagrody.
Abba był bardzo zdolnym młodym człowiekiem: znał angielski, francuski i niemiecki. Uczył się w Instytucie Pedagogicznym i jednocześnie zaocznie studiował prawo. Przygotowywał się do obrony pracy doktorskiej. Oczywiście ciągnęło go do takich uzdolnionych ludzi jak Altszuller i Szapiro. Poza tym byli młodzi, wszyscy mieli po około 20 lat. Otrzymawszy odmowę na pierwsze projekty zgłoszone do opatentowania, Altszuller i Szapiro zajęli się badaniem biblioteki patentowej. Przejrzeli tysiące opisów wynalazków i dostrzegli pewne ogólne prawidła, które charakteryzowały wszystkie wynalazki. Powstała wtedy myśl o Idealnym Wyniku Końcowym (IWK). Zaczęli obmyślać procedury dla bardziej skutecznego i szybszego rozwiązywania zadań wynalazczych.
            Wkrótce po wojnie władza radziecka zgodziła się oddać Ameryce całą zdobytą na Niemcach bibliotekę niemieckich patentów, w zamian za obrabiarki do metali, maszyny poligraficzne i inne oprzyrządowanie. Altszuller bardzo ostro skrytykował tę decyzję. Mówił, że wszystkie te maszyny za dwadzieścia lat pójdą na złom, a niemieckie patenty dopiero wtedy zaczną żyć. Napisał w tej sprawie list do Stalina, a poza tym rozesłał dziewiętnaście kopii do Centralnego Komitetu Partii, do Centralnego Komitetu Komsomołu, do gazety „Izwiestia” itp. Zamiast odpowiedzi aresztowano go i oskarżono o antysowiecką propagandę. W KGB sterroryzowano niektórych z jego przyjaciół i zaczęli oni przypominać sobie te antyradzieckie wypowiedzi Altszullera ze wspólnych spotkań.
Henryk wszystkie te oskarżenia rozbił, opierając się na pracach klasyków marksizmu i leninizmu. Gdy śledczy obwiniał Altszullera o to, że ten twierdził, jakoby Marks był większym „marksistą” niż Engels, na to Altszuller odpowiedział, że to twierdził sam Engels w swoim przemówieniu na pogrzebie Marksa, a oskarżenie o stworzeniu antysowieckiej organizacji obalił, powołując się na Leninowską definicję organizacji politycznej. Przesłuchania prowadzono wieczorami i śledczy, żartując sobie, nazywali je „wieczorne kursy marksizmu i leninizmu”. Wtedy jeszcze żartowali, ale zrozumieli, że przed nimi siedzi silna intelektualna osobowość i postanowili przygotować się lepiej. Altszullera zwolniono, natomiast wezwano do KGB Szapiro. Przekonywaniem i groźbami próbowano zrobić z niego donosiciela. On – kategorycznie odmówił. Wypuszczono go i wezwano Abbę. Jemu oświadczono, że nigdy w życiu nie obroni pracy doktorskiej i w ogóle z KGB nie wyjdzie, jeśli nie wyrazi  zgody na donoszenie na Altszullera i Szapiro. Pokazano mu okno wewnętrznego więzienia KGB, zamknięte deskami, tzw. „blindami” od słońca, gdzie będzie siedział sam, w pojedynczej celi. Po kilku takich seansach Abba poddał się. Jego zwolniono, ale teraz wszystkie spotkania, anegdoty i rozmowy z Altszullerem dokładnie i z komentarzami spisywał i przesyłał do KGB. Trwało to prawie 2 lata. Kiedy zebrało się już kilka tomów takich donosów, Altszullera i Szapiro aresztowano. Było to w 1951 roku.
              Pierwsza część oskarżenia dotyczyła sprzedaży państwowych tajemnic za granicę. Wynaleźli oni sposób na przechowywanie tlenu dla oddychania pilotów, w  kołach podwozia lotniczego. Byli bardzo dumni i oczekiwali solidnego wynagrodzenia za ten wynalazek. Ale wynalazek został utajniony. Nie doczekawszy się odpowiedzi, napisali zapytanie: jaki jest los ich wynalazku?  W tym zapytaniu powołali się na przepis prawa wynalazczości, mówiący o tym, że autorzy mogą uzyskać patent za granicą. Śledczy opierając się na donosach Abby wyciągnęli stąd  wniosek, że wynalazcy już związali się z zagranicznym wywiadem i sprzedali ten wynalazek.
             Druga część oskarżenia polegała na tym, że obwiniono ich o próbę przekroczenia granicy pod wodą morza Kaspijskiego. Mieli oni wynalazek na sposób otrzymywania tlenu z morskiej wody, a poza tym otrzymali pierwszą i drugą nagrodę w konkursie na projekt kombinezonu ochronnego dla strażaków, dla gaszenia pożarów w kopalniach (pieniądze za to otrzymali dopiero w więzieniu, na konto więzienia). Niestety śledczy też okazali się „wynalazcami”. Połączywszy te dwa wynalazki: otrzymywanie tlenu z wody morskiej i kombinezon ochronny, otrzymali kostium dla przejścia granicy pod wodą. To, że tlenu przy takim działaniu wystarczyłoby na 15 minut, dla nich nie miało żadnego znaczenia.
             Trzecia część oskarżenia dotyczyła antyradzieckiej propagandy. Tutaj weszły w grę wszystkie rozmowy zapisane przez Abbę, z których śledczy wywnioskowali, że Altszuller i Szapiro to skrajnie niebezpieczni, antyradzieccy ludzie.
             Czwarta część oskarżała ich o stworzenie antyradzieckiej organizacji. Trójka ludzi, włącznie z donosicielem, czyż to nie kolektyw? Czyż to nie organizacja? Przecież na początku wszystkie organizacje składają się z niewielu ludzi, a potem dopiero rozrastają się i rozwalają państwo.
             Piąta część oskarżenia, to niezgodne z prawem przechowywanie broni. Tu Altszuller przyznał rację śledczym, uznał swoją winę. W instytucie lotniczym miał przyjaciela, żołnierza frontowego, który podarował mu zdobyczny pistolet bez naboi. Przyjaciel zginął w locie ćwiczebnym. Po wojnie  wydano zarządzenie o obowiązku  oddawania broni. Altszuller nie wykonał tego nakazu i zostawił pistolet na pamiątkę po bliskim człowieku.
             Taką oto lawinę oskarżeń skierowano na młodych ludzi, którzy jeszcze wczoraj, przy całej swojej bogatej fantazji nie mogli sobie wyobrazić takich absurdów, takiego zła. Byli lojalnymi obywatelami i jeśliby zdarzyła się nowa wojna, bezdyskusyjnie poszliby bronić swojej ojczyzny.  Wynajdowali wynalazki dla swojego kraju i nagle – masz tobie: „wrogowie Ojczyzny”!
             Tym razem KGB opracowało bezbłędny scenariusz. W charakterze świadków wezwano wszystkich znajomych z wieczornych spotkań i każdy z nich był rozpracowany i w odpowiednim kierunku ustawiony przez śledczych. Byli wezwani rodzice tych młodych ludzi, w których domach odbywały się spotkania. Nawet siostrę Altszullera groźbami zmuszono, aby stała się świadkiem oskarżenia. Ojciec Altszullera w tym czasie już nie żył. „Najładniejszej dziewczynie w Baku” przypadła w udziale rola drugiego po Abbie świadka oskarżenia. KGB wysłało ją do Tbilisi.  Ponieważ Altszuller był wojskowym, to jego sprawę prowadziła prokuratura Zakaukaskiego Okręgu Wojennego, znajdująca się w tym mieście. W jednej grupie z tą dziewczyną znalazła się kobieta w średnim wieku. Widziała przez okno wagonu zapłakanych rodziców, odprowadzających dziewczynę. Jej macierzyńskie serce po prostu ściskało się z bólu. Widać  było, że stało się coś tragicznego. Dziewczyna ze łzami w oczach opowiedziała kobiecie całą swoją historię. Całą drogę ciocia Pasza (tak  się przedstawiła ) uspokajała, pocieszała i dawała rady: jak należy postępować, co należy mówić, czego nie należy. Po kilku latach dziewczyna spotkała ciocię Paszę w mundurze majora w pobliżu budynku KGB w Baku i krzyknęła do niej, ta jednak przyspieszyła i weszła do budynku.
             Śledztwo prowadzono wyrafinowanymi metodami, które opisane są w obszernej, łagrowej literaturze. Altszuller i Szapiro odmówili podpisania aktu oskarżenia, chociaż nigdy się nie widzieli i stało się to bez porozumienia. Przewieziono ich do Moskwy, przeszli przez Łubiankę, Butyrki i Lefortowo. Zmieniali się śledczy, zmieniały się także metody. Był np.  śledczy, pułkownik Czernow, opisany w książce Morisa: „Przypadki Amerykanina w Rosji”.
             Ten groził i mówił, że u niego wszyscy podpisują. Dostał „Order Lenina” za „leningradzką sprawę” i pokazywał tomy gotowej sprawy na Ilię Erenburga. Te tomy czekały tylko na decyzję Stalina. A takiego małego pionka jak Altszuller, on zmusi do podpisania. Nocne przesłuchania trwały aż do utraty przytomności. W dzień spać nie dawali nadzorcy, a warkot silników lotniczych po nocach, pod oknami pojedynczych cel, dokuczał i uniemożliwiał jakikolwiek odpoczynek.
             Drugi śledczy wyjaśniał, że poglądy Altszullera nie podobają się władzy. Człowiek z takimi poglądami może być niebezpieczny na wypadek wojny. Będzie więc siedział w celi pojedynczej tak długo, dopóki nie podpisze aktu oskarżenia, tak jak japoński książę, który siedzi u nich już wiele lat. A jak podpisze, to zostanie odstawiony do łagru; tam są ludzie, tam jest praca, tam jest życie.
Ten śledczy często wzywał Altszullera na przesłuchanie podczas meczu piłki nożnej i wtedy we dwójkę siedzieli, oglądali, słuchali reportażu Siniawskiego zamiast przesłuchania. Niekiedy śledczy częstował Altszullera czymś tam domowym i rozmawiali sobie na dowolne, nie związane ze sprawą tematy. Altszuller był pewny, że Stalin wkrótce umrze i po jego śmierci wszystko się zmieni. Postanowił doczekać tego w łagrze i w rezultacie zgodził się zakończyć sprawę. Śledczy zaproponował mu, żeby sam napisał akt oskarżenia i Altszuller zrobił to, biorąc pod uwagę dalsze wydarzenia, zakładające śmierć Stalina. Śledczy obiecał „urządzić” Altszullera na nie więcej niż 15 lat łagru i tylko poprawił coś niecoś w napisanym przez Altszullera oskarżeniu. Tak po wielu miesiącach ciężkiego, okropnego życia, Altszuller „uświadomił sobie swoje przestępstwo”.
             Przeniesiono go do celi dwuosobowej. Drugim współwięźniem okazał się taki sam nieborak jak i on, i mogli wreszcie rozmawiać ze sobą po długich miesiącach milczenia. Po kilku dniach Altszullera przyprowadzono do jakiejś sali. Za stołem siedział major. Zapytał o nazwisko, poszukał czegoś w teczce, znalazł odpowiedni dokument i dał Altszullerowi, który przeczytał, że spec – komisja skazała go na 25 lat łagru. Major wezwał śledczego i Altszullera wyprowadzono do pokoju oczekiwań. Gdzie sąd, gdzie prokurator, gdzie obrońcy, przecież śledczy obiecał 15 lat?
Nadzorca przyniósł jego rzeczy, a wśród nich Altszuller zauważył czajnik do gotowania wody, podarunek od współwięźnia. Był tym poruszony do łez; przecież oni się już nigdy nie zobaczą. Czym wyjaśnić taki postępek zwyczajnego znajomego? Tyle miesięcy ludzie zdradzali, kłamali, łgali i prowadzili nieludzki żywot, w nieludzkich warunkach i dopiero na końcu tego pseudo sądu pojawił się ciepły uczynek jednego człowieka.
             Altszuller wszedł do ogólnej celi z myślą, żeby dodać ducha rozgoryczonym więźniom. To była ta sama cela, z pułkownikiem rumuńskiego wywiadu w charakterze starosty, którą następnie opisywał Sołżenicyn w „Archipelagu Gułag”.
Zobaczył spokojnych, normalnie rozmawiających ludzi. Starosta poznał się z nim i przedstawił go innym więźniom. Tu, w ciągu krótkiego czasu Altszuller został wyszkolony w życiu „zeków”. („zek”- skrót od „zakluczionnyj” – więzień ) i uzyskał cały szereg rad, mówiących o przystosowaniu się do życia w łagrze.
W tym czasie w Baku jego matka, która taka była dumna z uzdolnionego syna, dostała wiadomość o tym, że jej Henrykowi dano 25 lat łagru, bez prawa odwoływania się i wnoszenia wniosku o skrócenie wyroku. Nie mogła tego znieść i popełniła samobójstwo, wyskoczywszy z okna. Altszuller dowiedział się o tym znacznie później.
             Życie Altszullera w łagrze na Workucie zaczęło się od wezwania go przez pełnomocnika operacyjnego, który próbował zwerbować go na donosiciela. Jako „prawdziwy radziecki człowiek” powinien pomagać władzy łagru, co będzie oczywiście wzięte pod uwagę w dalszej przyszłości. Altszuller odmówił i to w ostrych słowach, za co posadzono go do karceru. Skierowano go następnie do kopalni węgla. Po krótkim czasie odmówił pracy w kopalni i znów wsadzono go do karceru. Przez pewien czas, w przerwie pomiędzy karcerami, pracował w oddziale pogrzebowym.
             Kilku wychudzonych więźniów pchało wagonetkę z ciałami zmarłych więźniów na cmentarz, który znajdował się około dwóch kilometrów od łagru, po zwyczajnym torze kolejowym. Jeżeli pojawiał się pociąg (do łagru prowadziła tylko jedna linia kolejowa) należało zrzucać wagonetkę z szyn, a po przejeździe pociągu wstawiać ciężką wagonetkę na szyny i znowu układać w niej ciała zmarłych. A umierało bardzo wielu. Od złego wyżywienia, od ciężkiej pracy, od chorób. Od cyngi, (cynga – to szkorbut syberyjski) Altszuller – ratując się – jadł surowe kartofle, tak jak opisywał to Jack London.
             Z Altszullerem pracował starszy „mienszewik” – Abramowicz, który jeden jedyny przeżył z transportu z roku 1937, liczącego 2000 osób. Z późniejszych etapów z paru tysięcy ludzi zostawało po 5, 10 osób.
             Workutski łagier był zbudowany na kościach ludzkich i nie jest to metafora, ale faktyczny obraz rzeczy. Wiosną, kiedy tajał śnieg, z nasypu kolei żelaznej wystawały całe warstwy ludzkich kości. Zdarzyło się, że kiedyś więźniowie zaczęli kopać rów od jednego baraku do drugiego. Na głębokości około 1,5 metra natknęli się na ludzkie kości. Zdenerwowani, przerażeni ludzie odmówili dalszej pracy. Posadzili ich oczywiście do karceru. Ale, żeby nie zobaczyli tego pozostali więźniowie, którzy wracali z kopalni po zmianie, zebrano wszystkich nadzorców i szybko zasypano ten rów.
Altszuller chciał pracować zgodnie ze swoim wykształceniem, przecież jego wzięto z czwartego roku instytutu, ale po dawnemu posyłano go na jakieś takie ogólne prace. On odmawiał i znów popadał w karcer. Zdarzyło się tak wiele razy, dopóki nie polecono mu wynaleźć „obrotowej sceny” dla jakiejś tam łagrowej działalności kulturalnej.
                Pomagał później nowemu bibliotekarzowi, żydowskiemu poecie Tejfowi, którego posadzono za „żydowski nacjonalizm”. Altszuller uczył Tejfa podstaw górnictwa i chociaż w bibliotece były tylko książki z górnictwa, on czuł się już na właściwym miejscu. Także i Tejf był z jego współpracy zadowolony.
                Był w obozie jeden Żyd, znający język hebrajski. Altszuller wziął od niego kilka lekcji, w rezultacie stwierdził jednak, że nie będzie mu to w przyszłości potrzebne i po kilku zajęciach przerwał dalszą naukę. Jakiś czas później zajął się wyższą matematyką. Miał nadzieję, że kiedyś będzie mógł ukończyć instytut. Ale doszedłszy do rachunku różniczkowego i całkowego, rzucił to zajęcie, jako że warunki życia w łagrze nie sprzyjały poważnej nauce i poważnemu wykształceniu.
Wspominał jak jeden z zeków, były dyrektor kopalni, przy słowie „rachunek różniczkowy” czerwieniał  na twarzy. Na jego kopalni młody inżynier zastosował rachunek różniczkowy dla obliczenia wytrzymałości szybu. Szyb runął, a im obu dano po 15 lat łagru za dywersję. Po tym wszystkim nie chciał nawet słyszeć o rachunku różniczkowym. Altszullerowi nie udało się niestety dostać miejsca pracy w takiej grupie, gdzie zebrano specjalistów, profesorów, docentów, inżynierów, dla wykonania jakichś tam prac projektowych. Takie otoczenie mogłoby mu dać pełne inżynierskie wykształcenie i inżynierski dyplom po wyjściu na wolność, tak jak się to udało Szapiro. Ale wtedy Altszuller widział swoją przyszłość w literaturze fantastyczno – naukowej.
              Praca w dowolnym przemysłowym oddziale, albo na budowie, daleko odbiegała od pojęcia pracy twórczej. Związana była z podliczaniem np. objętości wykonanej pracy i przygotowaniem danych do robót następnych. Praca w workutskim łagrze niewiele różniła się od pracy niewolników w dawnym Egipcie. Zmechanizowane były tylko windy do transportu węgla i ludzi, i sprzęt do prowadzenia prac wydobywczych metodą wybuchową. Wydobyty węgiel przewożono na taczkach, albo wagonetkami, ręcznie i przeładowywano na wagony nieco większe, zaprzężone w konie, głównie stare klacze. Także i tych klaczy brakowało. Wszędzie stosowano ręczną pracę i Altszuller nie mógł przejawić swoich zdolności wynalazczych. Na naradach technicznych, gdzie musiał obowiązkowo być obecnym, analizowano doraźne problemy związane z deficytem materiałów i narzędzi.
Główny inżynier, stary więzień, otwierał zebranie słowami: „Pierwszy punkt programu analizowany nie będzie, przechodzimy od razu do punktu drugiego”. Stary mienszewik Abramowicz wyjaśnił Altszullerowi co kryje się pod tym pierwszym punktem programu. Otóż chodziło tu o punkt pierwszy: „zlikwidować radziecką władzę”. Punkt drugi i następne zagadnienia sprowadzały się do spraw gospodarczych.
Żadna nowa technika, żadna mechanizacja, automatyzacja, ani tym bardziej wynalazczość, na takich zebraniach nie mogły być analizowane. Można uważać, że te pięć lat życia po prostu skradziono Altszullerowi i to lata młode, kiedy ludzie twórczy dają najwyższy urodzaj. Odnosi się to także do literatury naukowo – fantastycznej.
             Altszuller mieszkał w baraku gdzie mieściło się powyżej stu ludzi. Spali na dwupiętrowych pryczach. Ludzie byli różni, zarówno intelektualiści jak i zwyczajni „niegramotni”. W większości 25-latkowie, czyli ludzie z wyrokami 25 lat. Razem z Altszullerem mógł to być zarówno były policjant okupowanego miasteczka lub były sekretarz rajkomu, niemiecki lekarz dentysta, który w czasie wojny był naczelnikiem obozu koncentracyjnego i prosty chłop z Bawarii, były esesman, bardzo zdyscyplinowany, zawsze gotowy wykonać dowolny rozkaz. Tacy ludzie bez zastanowienia się rozstrzeliwali innych ludzi.
W baraku, po pracy, panował ciągły hałas. Ktoś stukał kosteczkami domino, ktoś klął i bił się, ktoś inny śpiewał pieśni. Warunki były absolutnie nietwórcze. Przeszło niemało czasu zanim Altszuller nauczył się rozmyślać i analizować cokolwiek w takim „domu wariatów”.
W tym czasie opracował w myślach kilka projektów naukowo – fantastycznych książek. Żeby zrobić z tego artystyczne opracowanie, potrzebne były książki i czasopisma, notatki itp. rzeczy. Można to było wszystko dostać przez pełnomocnika operacyjnego. Żeby pisać, trzeba było otrzymać na to zgodę u tego samego pełnomocnika operacyjnego, ale Altszuller po prostu nie był w stanie prosić znienawidzonego przez siebie człowieka. Wszystkie więc treści przyszłych książek były niejako zamrożone do szczęśliwszego czasu.
Stalin w końcu zmarł. Więźniowie wszystkich łagrów Gułagu cieszyli się z tego i przekazywali wiadomość jeden drugiemu: „Joźka trzasnął kopytami”. Niektórzy nadzorcy płakali i przy nich niebezpiecznie było cieszyć się zbyt otwarcie. Ogłoszono amnestię dla więźniów z wyrokami 5 letnimi. Ale w łagrze w Workucie z takim wyrokiem znalazł się tylko jeden. Był to mój kolega z instytutu: Wiktor Antonow, który przy okazji poznał mnie z Altszullerem. Więźniowie czekali dalszego „ocieplenia”. Wyzwolono lekarzy, którzy dostali się do łagru na skutek idiotycznej tzw. „sprawy lekarzy”. Aresztowano Berię, co spowodowało u więźniów jeszcze większy wzrost nadziei, a także ich rodzin na wolności.
W tym czasie ojciec Rafaella Szapiro napisał do Woroszyłowa, przewodniczącego Rady Najwyższej ZSRR, prośbę o ułaskawienie jego syna i w rezultacie wydano polecenie rozpatrzenia sprawy jeszcze raz.
W 1954 roku Altszullera i Szapiro przewieziono do Tbilisi gdzie zaczęły się przesłuchania za okres 5 lat wstecz. Kiedy Altszullera prowadzono do celi, w korytarzu spotkał się z pułkownikiem Czernowem, tym samym, który siłą próbował wyrwać z niego przyznanie się do niedopełnionych win. Altszuller natychmiast ogłosił głodówkę i oświadczył, że dopóki Czarnowa nie aresztują, on żadnych wyjaśnień składał nie będzie. To była niesłychana odwaga, ale jak widać, na tym etapie na Czernowa było już sporo skarg, a może były w związku z przejrzeniem tzw. sprawy leningradzkiej i Czernowa rzeczywiście aresztowano. Ponury naczelnik więzienia pokazał Altszullerowi dokument poświadczający aresztowanie Czernowa i Altszuller w rezultacie zakończył głodówkę. W książce „Przypadki Amerykanina w Rosji” mówi się o tym, że Czernow otrzymał wyrok 15 lat więzienia i odsiedział cały ten wyrok. Zaczęła się procedura ponownego przeglądu.
             W dużym pokoju, za długim stołem, siedzieli członkowie komisji. Na krańcach stołu przy oddzielnych stołach siedzieli naprzeciw siebie Altszuller i Abba. Był on jedynym świadkiem, który pozostał z grupy świadków świadczących przeciwko Altszullerowi. Abba znakami pokazywał Altszullerowi, że mogą mu zamienić 25 lat wyroku na 5 lat. Altszuller pokazał Abbie „figę” i dał mu do zrozumienia, że będzie starał się o całkowite uwolnienie.
             Przeczytali pierwszą część oskarżenia: sprzedaż tajemnicy państwowej za granicę. Świadek z pamięci powtarzał stare oskarżenia i – o cudzie!  komisja nie znalazła w nich żadnych dowodów przestępstwa. Czuło się, że w reżimie coś niecoś się zmieniło. Nastały czasy, które Erenburg nazwał „ociepleniem”.
Przeczytali drugą część oskarżenia:  próba przejścia granicy państwowej. Tu komisja sama zdecydowała, że z pomocą przedstawionego tu aparatu, przejście granicy pod wodą jest technicznie niemożliwe.
             Co do trzeciej części oskarżenia: o „antysowiecką propagandę”, świadek nie mógł sobie przypomnieć ogromnej ilości swoich zapisków zrobionych przeszło 5 lat wcześniej. Na pytanie na czym polegała ta propaganda? świadek odpowiedział, że Altszuller opowiadał antyradzieckie anegdoty. Przypominał sobie miejsce i położenie ludzi i rzeczy, kiedy i gdzie Altszuller opowiadał te anegdoty, ale żadnej anegdoty nie mógł sobie przypomnieć. Komisja już skłaniała się do tego, że niemożliwe jest zakwalifikowanie tych anegdot jako antysowieckich, ponieważ świadek zupełnie zapomniał ich treść. I w tym momencie Altszuller oświadczył, że przypomniał sobie jedną z nich. Twarze członków komisji wyrażały irytację, a przewodniczący powiedział, że nie ma potrzeby ich przypominać. Ale Altszuller oparł się na swoim prawie oskarżonego i w rezultacie pozwolili mu opowiedzieć.
             Oto ta anegdota:
Beria zapytał Eisenhowera: „jak Amerykanie polują na tygrysy”. Ten odpowiedział: „posyłamy nad dżunglę 1000 superfortec B29 i dokładnie bombardujemy. Potem posyłamy 1000 samochodów ciężarowych i przywożą 1000 zabitych tygrysów”. Beria zauważył: „to bardzo drogo, my działamy całkiem prosto: łowimy 1000 zajęcy i one wszystkie po miesiącu pobytu na Łubiance przyznają się, że są tygrysami”. Na krótką chwilę nastąpiło niezręczne milczenie, potem potężny wybuch śmiechu zakończył przesłuchanie. Przewodniczący komisji, tłumiąc śmiech wyjaśnił, że i ta część oskarżenia jest nieaktualna.
Oskarżenie z czwartej części, czyli zorganizowanie antyradzieckiej organizacji było skasowane, ponieważ żaden dowód świadka nie pasował do tego oskarżenia.
             Zostało tylko oskarżenie o niezgodne z prawem przechowywanie broni. Przyjęto wyjaśnienie Altszullera, że ten pistolet nie miał naboi, dlatego nie przedstawiał niebezpieczeństwa, że był on pamiątką po koledze frontowym, który zginął na wojnie i że minęło już 5 lat – maksymalny wyrok jaki można otrzymać za takie przestępstwo. Komisja odrzuciła także i to oskarżenie. W ten sposób wszystkie 5 aktów oskarżenia skasowano i Altszuller został uniewinniony z powodu braku cech przestępstwa w swojej działalności. Nie „zrehabilitowany” jak piszą o tym teraz, ale dosłownie: „uwolniony, jako niesłusznie aresztowany”. Tak samo uwolniony był i Szapiro. Obydwaj podpisali deklarację, że nie będą prześladować Abby, który wbrew swojej woli stał się donosicielem. Otrzymawszy odpowiednie dokumenty, jednocześnie porzucili więzienie i spotkali się za jego drzwiami. Nie widzieli się przecież 5 lat!              W Baku Altszullerowi zaproponowano stanowisko majstra w zakładzie produkującym liny. To KGB postarało się dla niego o zatrudnienie.
Z rodziny została mu tylko zamężna siostra, z którą zerwał wszelkie kontakty za jej oskarżycielskie zeznania. W mieszkaniu po śmierci matki osiedlili się obcy ludzie. Środków do życia nie miał i w rezultacie poszedł do tego zakładu produkującego liny. Zapłata była niewielka. Połowa pensji szła na wynajęcie pokoju lub kąta dla noclegu. Altszuller zażądał zwrotu swojego mieszkania poprzez sąd. Decyzja sądu była salomonowa: mieszkanie należy oddać Altszullerowi, ale w tym celu władze miejskie powinny przyznać mieszkanie ludziom dotychczas w nim zamieszkałym.  Z tym postanowieniem Altszuller zwrócił się do władz miejskich. Po długich przeciągających się korowodach zrozumiał, że swoje mieszkanie otrzyma nieprędko, a dokładnie za 105 lat. Taką liczbę dało porównanie ilości budowanych rocznie mieszkań z ilością osób oczekujących i Altszuller machnął ręką.              Praca majstra wydziału produkcji lin – daleko nie inżynierska. To co najwyżej praca gospodarza. Trzeba było być zręcznym, umieć pójść na kompromis, użerać się z ludźmi, tak z pracownikami jak i z szefostwem zakładu. Wszystkiego tego Altszuller nienawidził. Oprócz tego praca majstra nie pozostawiała mu czasu na zajmowanie się literaturą science-fiction i wynalazczością. W rezultacie Altszuller rzucił tę pracę, ale musiał z czegoś żyć.






             Zaczął pisać artykuły do gazet. Stał się nieformalnym korespondentem gazety „Bakijski robotnik”, a dla jednego agrotechnika napisał nawet pracę doktorską. Ten agrotechnik uczył się w azerbejdżańskiej szkole i kiepsko znał język rosyjski. Wykonał wszelkie prace doświadczalne z gruntami w jednym z rejonów, ale nie umiał tego wszystkiego napisać i wyłożyć w prawidłowym języku rosyjskim. Altszuller przeczytał kilka opracowań z agrotechniki, zbadał rezultaty doświadczeń agrotechnika i napisał tak przepiękną pracę, że po zakończonej sukcesem obronie wielu zakładało, że praca została napisana co najmniej przez profesora agrotechniki. Do Altszullera zaczęli zwracali się inni ludzie, mógł uzyskać z tego spore pieniądze, ale odmówił takiej działalności. Jeden raz mógł to zrobić, po prostu dla kawałka chleba. Uważał, że powinien zająć się fantastyką naukową i wynalazczością. Do różnych czasopism poszły jego pierwsze opowiadania. Razem z pisarzem Felicynem napisał książkę „Tajemnica potrójnego uderzenia”.
Kontynuował badanie opisów patentowych z biuletynu patentowego, rozpoczęte jeszcze w 1946 roku. Dla Altszullera było ciekawą rzeczą rozpracowywać sposoby: jak wynajdywać nowe idee, jak dochodzić do rozwiązań wynalazczych, jak pracować nad konkretnym zadaniem typu wynalazczego. Razem z Szapiro napisał pierwszy artykuł na ten temat, który został opublikowany przez czasopismo „Zagadnienia psychologii” w 1956 roku.
             Altszuller żył samotnie, nie kontaktował się z dawnymi znajomymi, którzy w taki czy inny sposób przyczynili się do jego skazania. Bardziej miękki Szapiro odwiedzał Abbę i wysłuchiwał potoku jego usprawiedliwień. Altszuller nawet słyszeć o tym nie chciał.
             Ta najpiękniejsza dziewczyna w Baku, która była zamężna i mieszkała w innym mieście, dowiedziawszy się o uwolnieniu Altszullera rozwiodła się i wróciła do Baku. Ale on nie mógł jej wybaczyć. Wśród nowych znajomych były dziewczęta. Jedna z nich była gotowa wyjść za niego za mąż, ale on uczciwie opowiedział jej swoją historię. Jej ojciec pułkownik KGB odpowiedział: „po moim trupie”.
Pewnego dnia, latem 1957 roku zaprosiłem Altszullera i Antonowa do siebie. Chociaż moja żona z dzieckiem byli nieobecni, bo byli u rodziny, Altszullerowi podobał się porządek i urządzenie naszego niewielkiego jednopokojowego mieszkania. Po kolei wykąpaliśmy się w łaźni. Zmyliśmy z siebie znój gorącego bakijskiego dnia. Nastrój wszystkich był pogodny i Altszuller powiedział: teraz widzę jak to dobrze być człowiekiem rodzinnym. Jak tylko wyjdziemy, ja oświadczę się pierwszej napotkanej dziewczynie. W ciągu pół godziny poznaliśmy się z dwoma dziewczynami. Jedna z nich spodobała się Henrykowi i on opowiedział jej o swojej decyzji. To była Walentyna Żurawlewa. Trzeba było jednak paru dni, żeby Walentyna i jej rodzice mogli zaakceptować niezwykłe epizody biografii Altszullera i dali zgodę na małżeństwo.
             Zastępca ministra budownictwa Azerbejdżanu Ismaiłow utworzył biuro technicznej pomocy i poprosił Altszullera o prowadzenie w nim Wydziału Wynalazczości i Racjonalizacji oraz wydawanie czasopisma „Biuletyn budownictwa”.  Analizując finansowy aspekt pracy Altszuller zgodził się pracować 3 dni w tygodniu, przy pełnej pensji. W tym czasie bardzo dużo pisał: powieści i opowiadania fantastyczno – naukowe, artykuły o zagadnieniach wynalazczości. Te 3 dni, które przepracowywał w biurze technologii były bardzo pracowite. Zaskakiwał wszystkich nieprawdopodobną pracowitością, zorganizowaniem i wysokim współczynnikiem korzystnego działania (WKD) –  jak to nazywał później we własnych artykułach o wynalazczości. Pewnego dnia minister powierzył mu wykonanie sprawozdania rocznego z działalności ministerstwa. Termin – 15 dni i wszystkie oddziały ministerstwa do dyspozycji. Altszuller odpowiedział: dajcie mi maszynistkę, a ja zrobię ten cały wykaz za 3 dni. Po 3 dniach położył gotowe sprawozdanie na stół zaskoczonego ministra.
            Mój pierwszy artykuł zredagował tak wspaniale, że stał się on dla mnie wzorem, jak należy pisać opracowania naukowe. Mój szkolny przyjaciel zajmował się lodowcami Kaukazu i gazeta Machaczkały zamieszczała jego niewielkie artykuły na ten temat. Kiedyś postanowił posłać swój artykuł do tygodnika  „Znanije Siła” i poprosił mnie, żebym pokazał go Altszullerowi. Na następny dzień autor zobaczył swój materiał skorygowany  czerwonym ołówkiem i tego czerwonego było tak dużo, że w ogóle przestał zajmować się pisarstwem. Poza tym Altszuller nie znosił biurokracji i niepotrzebnej pisaniny. Minister i jego zastępcy kierowali do niego masę pism. Altszuller wymyślił trzygwoździowy system – tak go nazwał. Z boku stołu wbił trzy gwoździe. Wszystkie przychodzące pisma wieszał na pierwszy gwóźdź i nie ruszał ich. Te pisma, o które dopytywano się, przenosił z pierwszego gwoździa na drugi gwóźdź. Na trzeci gwóźdź trafiały tylko te pisma, o które dopytywano się jeszcze raz. I pracował tylko z tymi pismami, które trafiały na trzeci gwóźdź. W rezultacie takiego porządku około 40% wszystkich pism zostawało na pierwszym gwoździu, a około 30% na drugim. My też przyjęliśmy jego styl pracy.
W tym czasie Altszuller już stworzył swoją metodę rozwiązywania zadań wynalazczych, a my staraliśmy się zastosować ją w pracy. Pojęcie Idealny Wynik Końcowy (IWK)  stało się naszym pospolitym, powszechnym wyrażeniem. Była już opublikowana jego pierwsza praca w czasopiśmach: „Sowieckie państwo i  prawo”, „Wynalazca i racjonalizator”, „Wiedza siła”.
Jeszcze większy sukces osiągnął w dziedzinie fantastyki – naukowej. W tym obszarze działalności jedynym jego pomocnikiem stała się żona – Walentyna Żurawlewa. Po zawarciu ślubu Altszuller zaproponował jej zamienić profesję lekarza (dopiero co ukończyła Instytut Medyczny i jeszcze nie rozpoczęła pracy) na profesję literacką. Zestawił program zajęć z literatury i pod jego kierunkiem Żurawlewa szybko opanowała podstawy działalności literackiej. Wkrótce razem zaczęli pisać opowiadania. Żeby nie dawać antysemitom jakiegokolwiek powodu do ataków, opowiadania drukowano pod jednym nazwiskiem: Żurawlewej. Jednocześnie wychodziły opowiadania Altszullera pod pseudonimem Altow.
W kręgach pisarzy pojawiły się różne podejrzenia, między nimi takie, że Żurawlewa w ogóle nie istnieje. Związek pisarzy skierował do Baku pisarza – Owczynnikowa.
Tak! Walentyna Żurawlewa rzeczywiście istnieje, krzyknął Owczynnikow, kiedy właśnie ona otworzyła przed nim drzwi. W rozmowie Żurawlewa dała się poznać jako pełnowartościowy specjalista. Drzwi wszystkich wydawnictw stały przed nią otworem.
             W tym czasie Altszullerowi zaczęła ciążyć praca w biurze. Miał mnóstwo umów z różnymi wydawnictwami i czasopismami na opowiadania z zakresu Science-fiction. Czasu brakowało i Altszuller zgłosił  wypowiedzenie pracy. Zastępca ministra zaproponował mu pracę przez jeden dzień w tygodniu, przy pełnej pensji, ale on odmówił. Żałowaliśmy go, bo z nim bardzo ciekawie się pracowało.
Jego literatura science-fiction przyciągała młodzież. „Legendy o gwiezdnych kapitanach” wywołały setki listów zachwyconych czytelników. Seminaria z wynalazczości towarzyszyły analizom problemów naukowej fantastyki i literatury w ogóle.
             Jego poglądy mijały się z oficjalną ideologią  socrealizmu. Na pytanie: dlaczego wy nie piszecie o teraźniejszości?   odpowiadał: Ja już miałem raz wyrok 25 lat i więcej nie chcę, dlatego też piszę o przyszłości, ponieważ nie daje ona podstaw do jakiegokolwiek oskarżenia.
Mimo wszystko oskarżenia były i tak np. wydawnictwo wojskowe długo nie drukowało ani jednego z jego opowiadań. Kiedy Altszuller, będąc w Moskwie zaszedł do redakcji, to redaktor naczelny – generał – wyjaśnił swoją decyzję tak: wasze opowiadanie o tragedii amerykańskiego lotnika przy badaniu nowego typu samolotu bojowego w przyszłości jest interesujące, ale przecież ono może spowodować niepożądane myśli naszych lotników przy dzisiejszym badaniu samolotów. Dlatego tez wasze opowiadanie zostało zatrzymane. Później jednak opowiadanie zostało wydrukowane.
             Był rok, kiedy Altszullera drukowano najczęściej ze wszystkich pisarzy. Zaczęli mu placić honoraria tak wysokie jak Szołochowowi i Paustowskiemu. Kiedyś wezwano go do „wojenkomatu” czyli wojennego komitetu:  pojedziecie na zgrupowanie wojskowe. Tu macie pismo, które odniesiecie do pracy, tam wam dadzą miesiąc urlopu na pobyt w armii. Ja nigdzie nie pracuje  – powiedzial Altszuller. Jak to? W Związku Radzieckim kto nie pracuje ten nie je! – zdziwili się oficerowie. Ale ja jestem pisarzem – odpowiedzial Altszuller. To przynieście zaświadczenie ze Zwiazku Literatów. Oto moje zaświadczenie – Altszuller pokazał na walizkę, którą położył na stół. Nie jestem czlonkiem Związku Pisarzy Radzieckich. W walizce były swieżo opublikowane opowiadania, książki i artykuły Altszullera. Po dokładnym przejrzeniu walizki postanowili zwolnić go z zajęć wojskowych i tylko zapytali – A dlaczego nie jesteście członkiem Związku Literatów? Przecież tam przyjmują za parę opowiadań, a wy macie całą walizkę. Nie zapraszali – odpowiedzial Altszuller.
W Związku Pisarzy przyjmowali wedlug miejsca zamieszkania. Z tego powodu należało zwrócić się z prośbą, czego Altszuller zrobić nie chciał. Jego już zapraszano na spotkania Zwiazku Pisarzy do Moskwy, gdzie występował z wykładami z zasad fantastyki naukowej, nie będąc czlonkiem tego związku.
 
             Znani pisarze doradzali bakijskim kolegom przyjąć Altszullera i Żurawlewą do ich związku. W końcu w Baku zaproponowano im wstapienie do tego związku. Znając jego krnąbrny charakter, w domu postanowili, że pierwsza na posiedzeniu, na którym mieli przyjąć nowych członków wystąpi Żurawlewa. Tak też zrobili.
Na początku opowiedziała o sobie, potem odpowiadała na pytania. Nastrój miejscowych pisarzy był dobroduszny i przyjęli ją bez żadnych problemów. Potem wszedł Altszuller. Opowiedział o sobie całkiem gładko, ale przy odpowiedziach na pytania wybuchła dyskusja. Zaczęli mu zadawać pytania typu: Jak wyraża rolę Partii i Komsomołu w swoich opowiadaniach? Dlaczego nie pokazuje rozwoju ruchu kołchozowego w przyszłości. Początkowo Altszuller odpowiadał powściągliwie, ale potem rozzłościł się i przekształcił swoje odpowiedzi w ostrą krytykę poglądów miejscowych pisarzy.
             Wystąpił „klasyk armeńskiej literatury” i obwinił Altszullera o ignorowanie wskazań partii. Altszuller odpowiedział: podajcie mi tytuł chociaż jednego opowiadania naukowo – fantastycznego, które przeczytaliście. Zamiast odpowiedzi klasyk ciężko zadyszał i wybiegł na balkon chwytając się za serce.
Potem wystąpił „patriarcha Azerbejdżańskiej literatury” z tymi samymi oskarżeniami. Altszuller zwrócił się do niego w chwili, gdy ten skończył przemawiać. Patriarcha podniósł oczy i powiedzial: Nie! Mnie zabili!  Przerwa. W sali podniósł się szum. Pisarze zaczęli psykać, hałasować, coś tam wykrzykiwać. Altszuller skierował się do wyjścia i podchodząc do drzwi usłyszał jak przewodniczący zaproponował nie przyjmować go do związku. Wszyscy jak jeden podnieśli ręce.
             Mówili, że to był jedyny przypadek w całym okresie istnienia tego związku. Ale Altszuller się tym nie martwił. Otrzymywał takie honoraria za fantastykę, że mógł propagować swoją Teorię Wynalazczości po całym Związku Radzieckim w sposób bezpośredni, przez osobiste wykłady. Zaczął masowe szkolenia w mistrzostwie wynalazczym. Pierwsze doświadczenia zdobył w fabryce „Czerwony metalowiec” w Stawropolu. Potem prowadził seminaria w przedsiębiorstwach w Moskwie, Baku, Tambowie i Nowosybirsku. W 1959 roku popierało go i podtrzymywało czasopismo „Pionierska Prawda”. Opowiadało o praktycznych rezultatach metodyki Altszullera. Później czasopismo „Wynalazca i racjonalizator” wyłożyło podstawy teorii wynalazczości opracowane przez Altszullera i przeprowadziło dyskusję. Wyszła w druku jego książka „Jak nauczyć się wynalazczości”.
             Altszuller gromadził opinie wynalazców z pomocą ankiet. Interesowały go rezultaty swojej pracy i po analizie odpowiedzi przeprowadzał powtórną ankietę, obejmując wynalazców ze 150 miast. Potem wyszła jego książka „Podstawy wynalazczości”. Jego seminaria, artykuły, książki pomogły dokonać ponad 2000 wynalazków.
             Szereg następnych lat, na seminaria i na wykłady z zagadnień wynalazczości, Altszuller jeździł na swój koszt, za honoraria z naukowej fantastyki. Przedsiębiorstwa płaciły mu po najniższych stawkach, dlatego, że nie miał żadnego stopnia zawodowego, ani naukowego. Został aresztowany na 4 roku studiów i  nie miał także dyplomu inżynierskiego.
Na podstawie jego opracowań pisano prace doktorskie. Zwracali się do niego aspiranci, jak ludzie równi mu wiedzą ze wszystkich krajów Wschodniej Europy, a on był po prostu Altszullerem, chociaż  Niemcy poważali go i tytułowali „profesorem”.
Instytut Pedagogiczny zaproponował Altszullerowi obronę pracy doktorskiej, on jednak podziękował i odpowiedział, że nie ma nawet dyplomu wyższych studiów, bez którego nie jest możliwy awans do stopnia  doktora nauk jakichkolwiek.
Akademik Mirzandżanzade zaproponował mu pomoc w ukończeniu 4 i 5 kursu instytutu, otrzymaniu dyplomu inżyniera, w obronie pracy doktorskiej, po czym mógłby wykładać Teorię Wynalazczości na studium podnoszenia kwalifikacji dla inżynierów.
             W przyszłości możliwe byłoby utworzenie Katedry Wynalazczości w Azerbejdżańskim Instytucie Naftowym, pod kierunkiem Altszullera. Znów podziękował i odpowiedział, że nie może tracić czasu na zdobywanie zaliczeń, zdawanie egzaminów, wypełnianie semestralnych i dyplomowych projektów i na pisanie pracy tylko po to, żeby otrzymać formalne dokumenty dla zyskania wyższej zapłaty. Wystarcza mu to, co daje naukowa fantastyka. Lepiej spożytkować czas na dalsze rozpracowanie Teorii Wynalazczości i na nauczanie ludzi metod tej teorii.
             My, jego przyjaciele obiecywaliśmy mu pomoc i namawialiśmy, żeby się zgodził. Ale Altszuller był nieprzejednany, a o pomocy słyszeć nie chciał. W tym czasie przeanalizował już 5 tysięcy opisów patentowych i na ich podstawie stworzył typowe chwyty (prijomy) rozwiązywania całego szeregu zadań wynalazczych. Doszedł do twardego przekonania, że wynalazczości można uczyć, nawet uczniów starszych klas.
             W tym celu Altszuller zaczął prowadzić zajęcia w Społecznej Szkole Wynalazczości w Baku i w Domu Młodych Techników w Moskwie. W gazecie „Pionierska prawda” prowadził rubrykę: „I tu pojawił się wynalazca”, w której proponował różne wynalazcze zadania. Tysiące odpowiedzi z rozwiązaniami tych zadań poczta całymi workami przysyłała Altszullerowi. Nie patrząc na nawał pracy, skrupulatnie analizował te odpowiedzi, klasyfikował je i systematycznie odsyłał do gazety. Altszullera bardzo interesowała psychologia sukcesu wynalazczego np. starszych uczniów i wymyślał różne techniczne zadania dla dzieci z Domu Młodych Techników w Moskwie. Dawał np. zadanie: ustalić losy fantastycznych idei Juliusza Verne’a albo Bielajewa.  Które z tych idei zostały zrealizowane, a które jeszcze nie zostały zrealizowane i czy mają szanse.
             Będąc człowiekiem honorowym, nie mógł znieść plagiatów i chałtury w utworach z zakresu naukowej fantastyki. Jeżeli stwierdził u kogokolwiek, u dowolnego pisarza, obcą ideę – to otwarcie występował z krytyką. Redaktorzy wydawnictw tłumaczyli się, że nie mogą znać wszystkich opublikowanych pomysłów i Altszuller zaczął pracę nad rejestracją i klasyfikacją idei science-fiction.
Przeczytał niemal wszystkie utwory od samego początku tej dziedziny literackiej: naukowej fantastyki. Rezultaty drukował na maszynie do pisania w postaci zbiorów, które nazwał „Rejestr idei naukowo-fantastycznych”. Dwa, trzy egzemplarze posyłał do znajomych. Ktoś następnie powielał to na powielaczu (bardzo trudno było w tamtym czasie dostać zgodę na drukowanie czegoś bez akceptacji cenzury) i rozsyłał swoim znajomym. Potem dowiedzieliśmy się, że te rejestry były sprzedawane „na czarnym rynku” po 25 rubli. Teraz już pisarze, a także redaktorzy wydawnictw mogli dowiedzieć się o wcześniej publikowanych pomysłach.
             Praca nad zestawieniem rejestru trwała 5 lub 6 lat. W rezultacie przeglądu paru tysięcy utworów Altszuller stworzył patentowy „bank fantastyki” i opracował zasady generowania nowych idei.
Dla walki z chałturą Altszuller ustanowił nagrodę za najgorszy utwór roku. Kupił plastikowego krokodyla, ustawił go na drewnianej, okrągłej podstawie i nakrył przeźroczystą półkulą. Potem posłał to do Moskiewskiego Domu Młodych Techników, gdzie młodzież przysądzała tę nagrodę kolejnemu „laureatowi”. Jak opowiadał Altszuller, opinia tych młodych czytelników zgadzała się w pełni z jego zdaniem, z wyjątkiem jednego przypadku, kiedy taką nagrodę przyznano początkującemu autorowi, a Altszuller uważał go za człowieka „perspektywicznego”.
Krytyka Altszullera dawała rezultaty. Jedni autorzy zaczęli pisać lepiej, inni rzucali tę działalność. Tak np. pisarz Parin, po otwartej krytyce Altszullera w ogóle przestał pisać naukową fantastykę i zmienił tematykę na opowieści podróżnicze.
             Pewnego dnia Altszullerowi przysłano pocztówkę z zaproszeniem do jednego z bakijskich hoteli. Oczekiwał go tam przedstawiciel studia filmowego im. Dowżenko. Bez zbędnych słów położył na stole pismo i powiedział: postanowiliśmy sfilmować jedną z waszych „Legend o gwiezdnych kapitanach”. Scenariusz jest już gotowy, podpiszcie tu i wyraźcie zgodę. Zapłatę otrzymacie po zatwierdzeniu. Altszuller nie znosił chamstwa w żadnej postaci. Widać ten przedstawiciel uważał, że „jakiś tam Altszuller” będzie uszczęśliwiony propozycją.
             Kino studio „Dowżenko” po wojnie nie wystąpiło z ani jednym dobrym filmem – powiedział Altszuller. Wyjątek stanowi film: „W pogoni za dwoma zającami”, ale zrealizowany według starego, klasycznego scenariusza. Ja nie chcę, żeby moje utwory były zepsute. Ja nie dowierzam waszym specjalistom i niczego nie mam zamiaru podpisywać. Przedstawiciel kino-studia zesztywniał ze zdumienia. Nie oczekiwał takiej odpowiedzi i zaczął się wycofywać. To my przyślemy wam scenariusz dla uzgodnienia. My jeszcze… itd. Niczego mi nie przysyłajcie. Ja nie życzę sobie mieć z wami żadnego kontaktu – przerwał Altszuller i wyszedł.
             Altszuller nie był przesadnie skromnym. Uważał, że wykonuje bardzo ważną pracę dla kraju. To, że państwowa organizacja i władze nie zwracają uwagi na jego wysiłek wyjaśniał skostnieniem władzy. Myśmy znali jeszcze inną przyczynę. Jedna ze zwolenniczek Altszullera próbowała przekonać kierownika Radzieckich Związków Zawodowych o ważności jego pracy. Ja zupełnie nie rozumiem co zmusza was, radzieckiego człowieka, brać udział w pracach tego Żyda?  – zapytał ten kierownik.
             Akademik Kiedrow – dyrektor Intytutu Historii Nauki i Techniki zaproponował Altszullerowi wystąpienie na posiedzeniu Rady Naukowej Instytutu o teorii wynalazczości. W hallu Altszuller przeczytał, że będą dwa wykłady. Pierwszy – jego wykład, drugi o radzieckim priorytecie prac Bruno Pontekowro. Ten ostatni pracował jako fizyk eksperymentator w Italii, Kanadzie i Anglii, skąd uciekł do Związku Radzieckiego w 1950 roku. Tutaj kontynuował prace z fizyki i wniósł wkład w radziecki potencjał jądrowy. Przeczytawszy o radzieckim priorytecie, Altszuller wspomniał o okresie „walki” o priorytet radzieckiej nauki, o łagrach i tysiącach „bezpaństwowych kosmopolitów”. Miał zamiar wycofać się z referatem. Z wielkim trudem zmusił się do wystąpienia.
             Zadano mu pytanie: jak widzi swoją rolę w stworzeniu teorii wynalazczości? Taką jak Darwina w biologii, albo jak Marksa w ekonomii politycznej.  Rolę twórcy podstaw – odpowiedział Altszuller. Być może znacie kogoś jeszcze z priorytetem w tej teorii. Więcej pytań nie było. Wyszedł z sali, już nie czekał na drugi wykład.
 
             W 1964 roku Altszuller i Szapiro zaczęli pisać książkę o tym, jak przeprowadzane były ich przesłuchania w KGB. Nie widzieli się, a śledczy mówili każdemu, że „ten drugi już się przyznał”. Każdy prowadził psychologiczną walkę i nie poddawał się kłamstwom.
Książkę opracowano w formie kroniki przesłuchań każdego z osobna. Została  przyjęta. Podpisano z  nimi umowę i wypłacono 40% honorarium. Postanowili zakończyć ją w 1965 roku i wydać. Nagle wezwano ich do Moskwy i dyrektorka wydawnictwa oznajmiła, że jej mąż, generał, był gdzieś tam na zebraniu w wyższym kierownictwie i postanowili nie drukować książki na antystalinowskie tematy. No, ale 40% honorarium już otrzymano. Umówiono się, że Szapiro napisze książkę „Prawo jest prawo” i zmienili umowę.
Na świętowanie któregoś tam Sylwestra zebraliśmy się u Altszullera. On z Żurawlewą, ja z małżonką. Po 24 w nocy, poprosiłem Altszullera, żeby opowiedział coś ciekawego. Opowiem wam książkę, która siedzi we mnie – powiedział. I której ja nigdy nie napiszę. Opowiadanie przeciągnęło się do rana, przerywane toastami, zakąskami i było bardzo ciekawe. Niestety niczego nie zapisałem. Nie myślałem, że będę pisał kiedykolwiek o Altszullerze.
             Gdzieś z początku 70. lat Szkoła Wynalazczości została przekształcona w Azerbejdżański Społeczny Instytut Twórczości Wynalazczej. Teraz można było już płacić wykładowcom. Altszuller wybrał wykładowców spośród swoich uczniów. Programy stosowane dotychczas w szkołach wynalazczości zostały poszerzone. Wprowadzono zasady patentowania, wykazy „efektów fizycznych”. Do tego czasu, jego metodyka wynalazczości nazywana ARIZ – czyli Algorytm Rozwiązywania Innowacyjnych Zadań, przeszła wszechstronne potwierdzenie. Tysiące wynalazców skutecznie stosowało ARIZ, poczynając od 1959 roku.
             Sam Altszuller przeanalizował około 20 tysięcy opisów patentowych. Wszystko to pozwoliło poprawić ARIZ i rozszerzyć jego możliwości i w rezultacie Altszuller stworzył TRIZ – Teorię Rozwiązywania Innowacyjnych Zadań. Teraz można było uczyć wynalazczości w całej pełni.
Na otwarcie tego Społecznego Instytutu przyszło ponad 100 osób, młodzieży i wielu rodziców.
Przyszliście tutaj, żeby stać się wynalazcami – zaczął swoje wystąpienie Altszuler. Chcecie robić wynalazki, które rozsławią wasze nazwiska, niestety – czekają was wielkie trudności. Będziecie mieć nieprzyjemności w pracy. Szefostwo będzie z was niezadowolone. Pogorszy się wasz charakter. Odejdzie od was żona. Często nie będziecie mieć pieniędzy. Ot, takie nieprzyjemności czekają was na tej trudnej drodze. Póki jeszcze nie jest za późno, pomyślcie czy warto uczyć się wynalazczości.
Mniej więcej takie było jego powitanie młodzieży i rodziców, ale ani jedna osoba nie wyszła. Wszyscy z podziwem słuchali Altszullera. Jeden za drugim wychodzili jego uczniowie – absolwenci Szkoły Wynalazczości i z zachwytem wyrażali swoje uczucia do niego, jako niezwykłego pedagoga, wykładowcy i człowieka o żelaznej dyscyplinie. My, jego przyjaciele przeżywaliśmy radosne uczucia. To był tryumf. To była zapłata za jego dwudziestoletni konsekwentny wysiłek.
             Profesor Mirzadżanadze, który sam osiągnął wszystko dzięki uporczywej pracy powiedział, że pokłonić się należy przed upartą działalnością Altszullera. Przecież należało pokonać gigantyczną skostniałość biurokratyczną organizacji, samozadowolonych i zawistnych urzędników, wszystkich niechętnych antysemitów. Zajęcia w Instytucie Wynalazczości związane były z pracami kontrolnymi, kursowymi i dyplomowymi. Wszystkie te prace sprawdzał sam Altszuller. Do tego jeszcze brał udział w działalności literackiej. Czytał i krytykował nowo wydawane utwory fantastyki naukowej. Czytał i pisał odpowiedzi na niezliczoną ilość listów. Stanie się wtedy zrozumiałe, jaką gigantyczną pracę prowadził w tych latach Altszuller. Teraz już fizycznie nie mógł jeździć na wszystkie seminaria, na które był zapraszany. Posyłał tam swoich uczniów.
             Kiedyś w rozmowie zahaczyłem o problem emerytury. Przyjdzie czas, kiedy nie będziesz mógł pracować tak jak teraz – powiedziałem. Kto ci wówczas będzie płacił emeryturę? Odpowiedział: nikt, dlatego, że kiedy nie będę mógł pracować, to ja nie będę mógł żyć, a emerytura wtedy nie będzie mi potrzebna.
             Altszuller unikał politycznych rozmów i nigdy nie pisał dla tak zwanych „semizdatów” chociaż przysyłali mu czasami materiały. I tak np. przebieg sądu nad poetą Józefem Brodzkim opisany przez pisarkę Fridę Wigdorową przeczytałem u Altszullera.
Uważał, że KGB może znowu zacząć wsadzać do więzienia ludzi za polityczne jakieś tam „nieprawomyślności”. I oto pewien fakt:
             Kiedyś po zakończeniu seminarium w Akademgorodku Nowosybirska  jeden z uczestników dał mu rękopis swojej książki do oceny. W pociągu Altszuller zrozumiał, że ta książka podpada pod artykuły antysowieckiej propagandy, poszedł do toalety i zmył ją do muszli. Po pół roku przyszedł człowiek z KGB. Opowiedział mu o tym wszystkim i o rękopisie, i poprosił Altszullera, aby nie wyrzucał tego typu dokumentów, a przekazywał je im, do KGB. Altszuller kategorycznie odmówił: Jak wy możecie prosić mnie, żebym stał się donosicielem. Przecież wiecie, że przez donosicieli posadzili mnie na 25 lat. W rzeczywistości ukradziono mi z życia 5 lat. Ja nienawidzę donosów i nigdy nikomu nie zepsuję życia. Więcej z KGB do niego już nikt się nie zwracał.
             Wkrótce zaczęli wyjeżdżać Żydzi ze Związku Radzieckiego. Było bardzo trudno otrzymać zezwolenie na wyjazd. Jednych nie wypuszczano dlatego, że byli zatrudnieni w objętych tajemnicą państwową pracach. Innych – z powodu złośliwości – żeby nie mogli poprawić swojego życia, a innym po prostu nie dowierzano. Nie wierzono, że ludzie po prostu uciekają od antysemityzmu i od złego życia. W 1979 roku, także moja rodzina zdecydowała się wyjechać do Izraela. Kiedy zaproponowałem Altszullerowi przyłączenie się do nas, odpowiedział: Ja jestem rosyjskim pisarzem w sile wieku i jakbym się już nie starał nauczyć języka hebrajskiego, nigdy nie nauczę się go w takim stopniu, żebym mógł dobrze pisać. Oprócz tego, prawie 30 lat uczę wynalazczości i mam określone audytorium w ZSSR. Tam, w Izraelu, trzeba wszystko zaczynać od zera, a materialne korzyści mnie nie interesują. Ja zostanę tutaj.
Myśmy odjechali. Początkowo nasza korespondencja była dość intensywna, potem zaczęła słabnąć, a po 10 latach przerwała się już całkowicie.              Henryk Saulowicz Altszuller zmarł  24.09.1998 roku. Po 10. latach głębokich przemian, które zapoczątkowały  ostateczny upadek komunizmu w Polsce i w krajach byłego ZSRR oraz serię przemian w Europie.  Jego życie można traktować jak przykład niszczycielskiego działania systemu, którego ofiarą padali najlepsi ludzie, oskarżani o abstrakcyjne, monstrualne idiotyzmy. Niestety, wyroki nie były abstrakcyjne ...